Praga pewnego dnia ...i nocy

praga1 Wielokrotnie podkreślamy w Mokate wyjątkowość naszego położenia geograficznego. Zarówno z Żor jak i z Ustronia blisko nam do kilku europejskich stolic. Jedną z nich chcielibyśmy przybliżyć w tym Serwisie Mokate. Wąskie uliczki, duch Kafki i Szwejka, jeden z najbardziej znanych mostów Europy – mowa oczywiście o Pradze. Pokażemy ją w sposób zupełnie nietypowy, widziany oczami młodej podróżniczki – znanej nam z opowieści o Hiszpanii i pasjonującej lektury „Wszystkich smaków cappuccino”. Mowa oczywiście o Monice Lipińskiej. Jeśli chcą Państwo dowiedzieć się, jak z otwartymi szeroko oczami, pasją zwiedzania i ... niezbyt pełnym portfelem odkryć uroki prześlicznej Pragi - zapraszamy na wędrówkę po czeskiej stolicy właśnie z Moniką.

Jako rodowita wrocławianka, powinnam znać Pragę na wylot. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że bliżej mi do stolicy Czech, niż choćby do Warszawy. Tymczasem nigdy dotąd nie miałam okazji pojechać do Złotego Miasta. Ale okazje są po to, żeby je sobie stwarzać. Idąc tym tropem, namówiłam Dominikę, koleżankę z włoskiego wolontariatu i ruszyłyśmy w drogę. Nie autostopem wprawdzie, ale postanowiłyśmy przypomnieć sobie szaleństwa wolontariatu i nie rezerwować zawczasu żadnego noclegu. Byłyśmy pewne, że jakiś hotel czy schronisko młodzieżowe zawsze się znajdzie. A poza tym… Dla mnie włóczenie się nocą po obcym mieście nie jest żadnym problemem. Co więcej, uważam, że ma ogromny urok. Do Pragi dotarłyśmy o 22.30. Ciepły, czerwcowy wieczór był idealny na nocną włóczęgę. Z dworca autobusowego Na Florenci wyruszyłyśmy do centrum miasta. Kierowałyśmy się raczej instynktem, niż wiedzą, bo znalezienie w ciemności nazwy ulicy i radzenie się mapy, jest jednak utrudnione. Dotarłyśmy jednak do przejścia podziemnego, w którym jeden koleś wytłumaczył nam wreszcie, w którą stronę mamy iść. No, powiedzmy, że wytłumaczył. Niewiele z tego pojęłyśmy, ale wskazał ręką kierunek, nawijając coś w ekspresowym tempie. „Dekuji” – zaryzykowałam i chyba mi się udało. Poszczerzyliśmy się do siebie, w ramach polsko – czeskiej sympatii i wyruszyłyśmy w drogę. Na Stare Mesto trafiłyśmy bez problemów. Mimo późnej pory miasto tętniło życiem. Praga objawiła mi się jako prawdziwie europejska metropolia. Wprawdzie mogłam się tego spodziewać, ale mimo wszystko duchy Kafki i poczciwego Szwejka przywoływały inne skojarzenia. Tymczasem centrum jarzyło się od świateł, w okolicznych knajpkach przesiadywali turyści, a wszędzie kręcili się Japończycy ze swymi nieśmiertelnymi aparatami fotograficznymi. Stanęłyśmy bowiem przed przepiękną sylwetką wieży Ratusza Staromiejskiego. Na południowej stronie wieży znajduje się sławny zegar, nazywany „orlojem”, na którego złotej tarczy umieszczono znaki zodiaku. Strzegą go pięknie rzeźbione figury, wśród których makabrycznie uśmiechnięty kościotrup robi największe wrażenie. O pełnej godzinie otwiera się znajdujące się nad tarczą okienko, w którym pojawiają się sylwetki dwunastu apostołów. praga2 Spod Ratusza weszłyśmy w wąski przesmyk, prowadzący na nieco szerszą uliczkę, pełną sklepów i sklepików z praskimi gadżetami. Szukałyśmy jakiejś taniej knajpki, żeby odgonić senność kawą. Wypadałoby wprawdzie wznieść pierwszy praski toast kuflem pienistego trunku, ale zmęczenie robiło swoje. Ratunek znalazłyśmy w miejscu, do którego programowo nie wchodzę, bo jestem przeciwna fast foodom i amerykańskiej komercji. Ale tylko to miejsce było otwarte non stop. Spędziłyśmy tam noc, wypijając kolejne kubki kawy. Espresso, cafe latte, cappuccino waniliowe i orzechowe. No, powiedzmy lepiej, cappuccino w iście amerykańskim wydaniu. Ani się umywało do mokatowskiego. Ale, jak się nie ma co się lubi… Mniej więcej o szóstej rano, nieco połamane i zaspane, ruszyłyśmy w drogę. O tej porze na ulicach nie było prawie nikogo. Słońce wdrapywało się na niebo, gdy przemierzałyśmy ciche i senne uliczki. Tak, to była ta Praga, której szukałam. Łatwo było sobie wyobrazić ducha Kafki przemykającego się starymi uliczkami czy poczciwego Szwejka, wracającego z hospody chwiejnym krokiem, ciągnącego za sobą piwny zapaszek… Czarująca ulica Karlova powiodła nas do Mostu Karola. Most Karola o świcie… Wpisałabym go na listę jednego z najpiękniejszych obiektów, jakie w życiu widziałam. Słońce oświetlało szare kamienie i potężne figury, przeskakiwało na wodach Wełtawy, gdy szłyśmy niemal z nabożeństwem po jednym z najsławniejszych mostów świata. Ponownie zachwyciłam się „rogatym” zwieńczeniem wież po obu stronach mostu. Będąc już po tej stronie Pragi, postanowiłyśmy zwiedzić Hradczany. Dotarłyśmy tam bez większych problemów, wspinając się na zamkowe wzgórze. Rozciągający się z niego widok na czerwone dachy zatopione w zieleni drzew wart był pędzla najprzedniejszego malarza. Zwiedzałyśmy Hradczany już w tłumie turystów, których słońce wyciągnęło z łóżek. Japończycy, Amerykanie, Włosi – kręcący się po wąskich uliczkach, po szerokich placykach, po wielkim placu przed katedrą. Oj, wolałam chyba „moją” Pragę cichą i senną… Południe tego dnia przeznaczyłyśmy na znalezienie jakiegoś noclegu. Okazało się, że to prawie niewykonalne, bo albo ceny były astronomiczne, albo nie było już wolnych miejsc w miejscach, na które mogłyśmy sobie pozwolić. 400 koron za noc – to było maksimum. Ani halerza więcej! Po długotrwałym łażeniu po kolejnych hotelach i schroniskach, znalazłyśmy lokum. Hostel Manhattan znajdował się na jednej z bocznych uliczek, przy ulicy Jungmannova. Wprawdzie tam ceny za pokój też powalały ( 600 koron), ale zaproponowano nam przespanie się w kuchni za 350 koron. Zgodziłyśmy się bez namysłu. Zostawiłyśmy plecaki i bez zbędnego obciążenia ruszyłyśmy na podbój miasta. Pracowicie spędzony dzień zakończyłyśmy pijąc pachnące orzechami ciemne piwo „U diabla”. To knajpka stylizowana na wnętrze starego zamczyska na ulicy Balbinova. Znajduje się w zupełnie innej części miasta, wiodącej na Vinohrady. Aby tam dotrzeć, należy przejść podziemnym przejściem obok Muzeum Narodowego, a potem ulicą Vinohradska wzdłuż torów kolejowych dworca Hlavni Nadrazi. Wróciłyśmy w tamte rejony następnego dnia, gnane potrzebą odkrycia nieturystycznej, swojskiej Pragi. Ulica Na Smetance płynnie przeszła w ulicę Polską wzdłuż dużego parku. Kluczyłyśmy bez pośpiechu spokojnymi, sennymi uliczkami. Ze zdumieniem odkryłyśmy wysoką konstrukcję z metalowych rur, po której „pełzały” figurki gigantycznych czarnych bobasów. Pełne uznania dla czeskiej fantazji, ruszyłyśmy w poszukiwaniu prawdziwej czeskiej knajpki. I tak dotarłyśmy do „Kralostvi”.praga3 Czesi podnieśli głowy znad kufli, gdy wtarabaniłyśmy się do niewielkiego, ale wygodnie urządzonego wnętrza. Było tu swojsko i przytulnie. Wzrok przyciągało wstawione w jedną ze ścian duże akwarium z rybami. Miałyśmy prawdziwy dylemat próbując zamówić coś prawdziwie czeskiego. W końcu zdecydowałyśmy się na „zestaw bezpieczny”, sprawdziwszy uprzednio w słowniku, że brambory to ziemniaki. Do tego ciemne piwo i kawa. Jakżeby inaczej. Czekała nas kolejna bezsenna noc, bo pokój, a raczej kuchnię wynajęłyśmy tylko na jedną noc. Ostatni wieczór w Pradze przeznaczyłyśmy na Josefov. Poddałam się bez reszty specyficznemu urokowi żydowskiej dzielnicy. Żałowałam, że nie mogę spacerować po nich w absolutnej ciszy, żeby lepiej chłonąć atmosferę tego miejsca. Przed północą wyruszyłyśmy na ostatni spacer Mostem Karola. Przechylone przez kamienna balustradę, chłonęłyśmy zapach praskiej rzeki. Szkoda, że nie wrzuciłam do Wełtawy choćby jednej korony, niczym do rzymskiej fontanny, żeby być pewną, że kiedyś jeszcze tam wrócę. Ale raczej nie mam wątpliwości. Złote Miasto rzuciło na mnie swój urok. Na takie uroki nie potrafię pozostać obojętna.

Monika Lipińska

zdjęcia Autorka